Żydowicz reżyserem, (mkr), NOWOŚCI, 21.08.2001

Owoc cichej pracy, (mkr), NOWOŚCI, 22.08.2001

Owoce miłości, JAN, Gazeta Wyborcza, 06.09.2001

Temat z gazety, Mirosława Kruczkiewicz, NOWOŚCI, 07.09.2001

Musimy ze sobą rozmawiać, Marcin Drogorób, Gazeta Pomorska, 08.09.2001

Nowe kino: świat, który boli", Tomasz Jopkiewicz, Życie, 17.09.2001

Krzyk z dna, Barbara Hollender, Rzeczpospolita, 29 - 30.09.2001

Prawdziwa historia, Janusz Milanowski, Gazeta Wyborcza, 26.10.2001

Sukces czy porażka, (saba), Gazeta Pomorska, 27.10.2001

Film z Toruniem w tle, (mkr), NOWOŚCI, 29.10.2001

Ręka fotelarza, Mariusz Załuski, Spod ekranu, NOWOŚCI

Brawa dla debiutanta, Sabina Waśko, Gazeta Pomorska, 30.10.2001

Żydowicz zaskoczył widzów, Janusz Milanowski, Gazeta Wyborcza, 30.10.2001

Świat bez miłości, Janusz Milanowski, Gazeta Wyborcza, 30.10.2001

Owoce miłości, Joanna Chyła, Echa, Polemiki, Listy, NOWOŚCI, 08.11.2001

Owoce miłości, J.Sz., Gazeta Wyborcza, 02.01.2002

Samotność czternastolatka, Barbara Hollender, Rzeczpospolita, 29.01.2002

Niekochany, Maciej Majewski, KINO nr 2/2002

Samotne i agresywne dzieci, Polish Daily Newspaper, Toronto, 10.02.2002

Owoce miłości, Polish Daily Newspaper, Toronto, 03.03.2002

To, co jest i to, czego nie ma, Ewa Piasecka, Gazeta Wyborcza, 15.06.2002

Odważne "Owoce", (mkr), NOWOŚCI, 18.06.2002

Za odwagę i temat, JAN, Gazeta Wyborcza, 19.06.2002

Tragedia bez miłości, AS, Gazeta Wyborcza - Łódź, 22.01.2003

Cyfrowe kino, Elżbieta Błaszkiewicz, Kultura i Biznes, maj-czerwiec 2003

Zbrodnia po polsku, B.H., Rzeczpospolita, 06.05.2004






ŻYDOWICZ REŻYSEREM

Film twórcy Camerimage będzie pokazany na festiwalu w Gdyni.

"Owoce miłości" to tytuł filmu, którego scenarzystą, reżyserem i producentem jest Marek Żydowicz, twórca fundacji "Tumult" i międzynarodowego festiwalu sztuki operatorskiej "Camerimage", do niedawna odbywającego się w Toruniu, a teraz w Łodzi. Pierwszy pokaz "Owoców miłości" odbędzie się na tegorocznym Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni. Na ekrany kin film ma wejść w grudniu.

Jak informuje dystrybutor filmu Żydowicza, firma Kino Świat International, obraz opowiada historię czternastolatka, wychowanego w na pozór dobrej, jednak pozbawionej ciepła, rodzinie. "Wrażliwy, ale nieufny i osamotniony chłopiec oddala się od rodziców, opuszcza się w nauce, coraz trudniej mu odnaleźć się wśród rówieśników" - czytamy w informacjach o filmie.
Autorem zdjęć jest Remigiusz Zawadzki, współpracownik Marka Żydowicza w Fundacji "Tumult". W rolach głównych wystąpili Jolanta Teska - aktorka Teatru im. Wilama Horzycy w Toruniu, Włodzimierz Maciudziński - do niedawna także w TWH, a obecnie we Wrocławiu oraz Piotr Kosobucki.
Szerzej o filmie Marka Żydowicza wkrótce.
(mkr)



OWOC CICHEJ PRACY

Na festiwalu filmowym w Gdyni zostanie pokazanych aż dwanaście debiutów reżyserskich. Wśród nich obraz Marka Żydowicza.

- Pracę nad filmem zakończyliśmy w lipcu. Trwała około dwóch lat. Nie chcieliśmy zbyt wiele opowiadać o przedsięwzięciu przed jego ukończeniem - mówi Remigiusz Zawadzki z fundacji" Tumult".

Jak pisaliśmy wczoraj jest on autorem zdjęć do filmu fabularnego autorstwa Marka Żydowicza, prezesa "Tumultu" i organizatora festiwali "Camerimage". Film nosi tytuł "Owoce miłości" i jego premiera odbyć ma się we wrześniu na festiwalu w Gdyni. Jak mówi Remigiusz Zawadzki, do zgłoszenia filmu na festiwal zachęcali go pierwsi widzowie "Owoców miłości". Film został w całości nakręcony w Toruniu. Grają w nim wyłącznie torunianie, z wyjątkiem Włodzimierza Maciudzińskiego, który w czasie powstawania obrazu przeniósł się z teatru toruńskiego do wrocławskiego.
-To właśnie z tym filmem związany był casting, jaki organizowaliśmy w ubiegłym roku - mówi Zawadzki. W ten sposób wyłoniony został odtwórca jednej z głównych ról, gimnazjalista Piotr Kosobucki.
Dla Remigiusza Zawadzkiego "Owoce miłości" to operatorski debiut. Wcześniej, jak mówi, wykonywał zdjęcia do studenckich etiud i teledysku jednego z lokalnych zespołów, współpracował też z Yachem Paszkiewiczem, twórcą wideoklipów. Z Markiem Żydowiczem. który jest na urlopie, nie udało nam się na razie porozmawiać na temat filmu. Na XXVI Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni, który odbędzie się od 10 do 15 września, ma być wyjątkowo dużo reżyserskich debiutów i produkcji niezależnych, czyli powstałych bez udziału Komitetu Kinematografii czy Telewizji Polskiej. Debiutanci pokażą aż 12 filmów (na 31 uczestniczących w konkursie). Jak powiedział Polskiej Agencji Prasowej Maciej Karpiński, dyrektor artystyczny XXVI FPFF, twórcy takich produkcji najczęściej zgłaszają je do nurtu "off" festiwalu. Jednak jeśli film ma dystrybutora rozprowadzającego go w kinach, to musi się znaleźć w głównym nurcie festiwalu. Film Żydowicza rozprowadzany przez firmę "Kino Świat International", należy do takich właśnie obrazów.
(mkr)



OWOCE MIŁOŚCI

Marek Żydowicz, twórca festiwalu Camerimage wyreżyserował i wypro- dukował swój własny film z udziałem toruńskich aktorów. "Owoce miłości" będą miały swoją premierę w konkursie Festiwalu Filmów Polskich w Gdyni.

Film opowiada historię 14-letniego chłopca z przeciętnej, średnio zamożnej rodziny, mieszkającej w zubożałej dzielnicy starego miasta. Chłopiec żyje w normalnej rodzinie, w tzw. dobrym domu. Nie jest jednak szczęśliwy.
- Scenariusz "Owoców miłości" inspirowany był tragicznym wydarzeniem na południu Polski opisanym przez "Gazetę Wyborczą" i powstał w ciągu dwóch tygodni, ale potem był rozbudowywany na planie filmowym podczas rozmów z aktorami - mówi Marek Żydowicz.
Do gry w filmie dali się namówić aktorzy Teatru Wilama Horzycy w Toruniu: Jolanta Teska (Ewa), Włodzimierz Maciudziński (Adam), Maria Kierzkowska (kochanka) i Zofia Melechówna (sąsiadka). Głównego bohatera, 14-letniego Krzysztofa, zagrał Piotr Kosobucki, wybrany spośród 150 kandydatów podczas castingu.
Autorem zdjęć jest Remigiusz Zawadzki, wiceprezes toruńskiej Fundacji Tumult. Zdjęcia zrealizowano w Toruniu, w technice cyfrowej, wykorzystując sprzęt Camerimage Film School. W takiej postaci niemożliwa jednak byłaby emisja filmu w kinach. Transferu na taśmę 35 mm dokonała niemiecka firma.
- Forma filmu została dostosowana do opowiadanej historii - mówi Żydowicz. - Chcąc osiągnąć maksymalne zbliżenie do rzeczywistości, poczucie prawdziwości, zastoso- waliśmy momentami zdjęcia paradokumentalne, niedoskonałe estetycznie.
Podobnie rzecz się miała z montażem. - Takie było założenie Remigiusza i moje: ukazać rzeczywistość, jaką ona jest - mówi reżyser. - Czasami szara, nudna, monotonna, a czasami kolorowa, wyzywająca. Moim zdaniem udało nam się dzięki temu uzyskać efekt dodatkowy. Pokazaliśmy, że ulegając monotonii życia, przestajemy zastanawiać się nad tym, co nadaje mu sens i dopiero tragedia powoduje, że nasza codzienność dynamizuje się, a my zaczynamy dostrzegać błędy i zło, które popełniliśmy, zaczynamy zadawać sobie pytania.
"Owoce miłości" obejrzą 15 września widzowie festiwalu filmów polskich w Gdyni w części konkursowej. Cztery dni wcześniej odbędzie się projekcja dla festiwalowego jury. Dystrybutor Kino Świat International zorganizował też specjalne pokazy dla mediów.
Marek Żydowicz zastrzega: - Nie robiliśmy filmu po to, żeby wygrywać festiwale, czy osiągnąć sukces komercyjny. To ma być film pożyteczny. Chciałem zwrócić uwagę na to, że w pozornie spokojnych, ustabilizowanych rodzinach lub innych związkach toczą się ciągle jakieś małe wojny, stosuje się represje, wymykające potocznym obser- wacjom. W sposób podstępny, bo niewidoczny fizycznie, często w imię troski o drugą osobę, sympatii, czy wręcz miłości, popełnia się przestępstwa, które pozostają bezkarne, wymykają się sankcjom prawnym, chociaż w ekstremalnych przypadkach są równoznaczne z psychicznym zabójstwem. Niszczą bowiem psychikę dziecka, drugiej osoby. Powstanie filmu sfinansowali sami twórcy związani z Tumultem, skupieni wokół nowo powstałych grup: Camerimage Gang oraz Conversation Film Production. Kosztowało to ok. 100 tys. zł.
JAN



TEMAT Z GAZETY

- Nie chcę, by zabrzmiało to nieskromnie, ale do przeniesienia obrazu na taPmę filmową zachęciły nas opinie Petera Weira, Davida Lyncha i Jerzego Skolimowskiego.

Z Markiem Żydowiczem, twórcą Fundacji Tumult i międzynarodowego festiwalu operatorów filmowych Camerimage, o jego debiutanckim filmie "Owoce miłości" - rozmawia Mirosława Kruczkiewicz.

- Na rozpoczynającym się za parę dni Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni, gdzie zostanie pokazany Pana film, debiutanckich obrazów ma być dużo. Ale Pan ryzykuje więcej niż inni debiutanci. Jako organizator festiwalu Camerimage jest Pan znany w filmowej branży. Na Pana zwrócą większą i bardziej krytyczną uwagę.
- Pewnie tak jest, ale gdybym miał w ten sposób myśleć, bojaźliwie podchodzić do życia, to prawdopodobnie nic bym nie osiągnął. Nie powstałby Camerimage ani ten film. Wiem, że żyję w kraju, w którym ludzie nie umieją cieszyć się czyimś sukcesem, a niemal każda ocena nacechowana jest wyjątkową niechęcią do bliźnich. Tacy niestety jesteśmy. Tak więc, robiąc ten film wraz z autorem zdjęć Remigiuszem Zawadzkim, nie myśleliśmy o sukcesie komercyjnym czy medialnym. Chciałem byśmy zrobili coś pożytecznego, opowiedzieli za pomocą potężnego medium, jakim jest film o czymś, co nas akurat zaniepokoiło. Po to, by ktoś może też zechciał o tym pomyśleć, by zechciał o tym porozmawiać. Poza tym myślę, że ciągle się uczymy, więc warto słuchać rozsądnych ocen.
- Ale do konkursu staje się po to, aby wygrać.
- W Gdyni pokazujemy się głównie w tym celu, aby zauważono, że powstały przy Fundacji Tumult dwie grupy zajmujące się produkcją filmową: Camerimage Gang i Conversation Film Production. Uważam, że warto wykorzystać tak wyjątkowe skoncentrowanie uwagi środowisk filmowych, jakie daje ogólnokrajowy festiwal. Wiem też, że będzie okazja porozmawiać z fachowcami o naszym filmie i dalszych planach. Zrealizowaliśmy "Owoce miłości" też po to, by się sprawdzić przed profesjonalną produkcją innego filmu, do którego wcześniej napisałem scenariusz i do którego zdjęcia ma zrobić znany polski operator. Ja chciałem wystąpić jako producent, ale on po przeczytaniu scenariusza zaproponował, że podejmie się zdjęć na korzystnych warunkach tylko wtedy, jeśli ja będę również reżyserował. Przyzwoitość nie pozwoliła mi na to przystać bez sprawdzianu.
- Miał chyba podstawy, żeby to proponować?
- Może. Rozmawialiśmy o tym, że w filmie w ogóle ważne sprawy są często niewidoczne i zastanawialiśmy się, jak to pokazać. To, że uwierzył w moje możliwości to nie wszystko. Gdyby ktoś mi zaproponował występ w La Scali, to bym natychmiast odmówił. Nie mam do tego talentu i już. Co do filmu, to nie sądzę bym był specjalnie utalentowany, ale czuję, że jest w moim zasięgu zdolność ciekawego opowiadania językiem ruchomych obrazów. l jeszcze jedno, ja z kolei postawiłem warunek, że w przyszłej produkcji Remigiusz będzie pierwszym asystentem operatora.
- Skąd wziął się temat "Owoców miłości", nawiązujący do rzeczywistych, tragicznych wydarzeń?
- Kiedy zastanawialiśmy się nad tematem, zaproponowałem, byśmy tropem "Długu" poszukali inspiracji w gazetach, w życiu. Film Krauzego zresztą nie do końca mi się podoba. Brak w nim pytań, które nadawałyby głębi całej historii, jest zbyt paradokumentalny. Nie chcę zdradzać treści "Owoców miłości", powiem więc ogólnie. Trafiłem w gazecie na wzmiankę o dramatycznym zdarzeniu rodzinnym. Była tam wypowiedź matki, która mówiła, że nie wie, jak do tego doszło, że jej dom był zupełnie normalny. Pomyślałem, że to jest właśnie niepokojące, bardzo uniwersalne i będzie wyjątkowym tematem filmowym. O tego rodzaju tragediach mówiło się do tej pory zwykle w kontekście rodzin patologicznych, z problemem alkoholowym lub co najmniej rozbitych, a nie tych powszechnie uznanych za normalne. O takiej, pozornie ustabilizowanej rodzinie jest nasz film. W zasadzie nic takiego się tu nie dzieje: zwykłe, monotonne zachowania, jakieś drobne, ciągłe wojny, jakiś przymus, obojętność, a wszystko pod płaszczykiem troski, miłości, zainteresowania. To samo dzieje się w szkole, w kościele, na podwórku. I nagle dochodzi do zdarzenia, które dynamizuje tę życiową nudę i ujawnia, że prawie nieznaczące zachowania dorosłych były przestępstwami drążącymi psychikę dziecka, wzmagały jego poczucie niemocy i wywołały tragedię.
Wiem, że w Gdyni film będzie oceniany także pod względem formy. Opinie jak sądzę będą różne. Chciałem "zimnym okiem" pokazać z jednej strony monotonię dnia codziennego, z drugiej, że dynamizujemy swój stosunek do życia dopiero wtedy, gdy dochodzi do tragedii. Wtedy żywsze stają się nie tylko emocje bohaterów. dostrzegających całe popełnione zło, ale i akcja zaczyna się toczyć wartko na ekranie. Ale nieliczenie się z ustalonymi w podręcznikach scenariopisarstwa lub obowiązującymi w kinie hollywoodzkim zasadami konstrukcji narracji jest przywilejem kina niezależnego. To nasze prawo do eksperymentów za własne pieniądze.
- W jednej z głównych ról musiało wystąpić dziecko. Dziecięcy aktor wymaga szczególnego podejścia. Tu w grę wchodziły też dramatyczne sceny.
- Tak, to była jedna z najtrudniejszych spraw. Podczas castingu do tej roli rozmawiałem z rodzicami, przedstawiałem treść filmu. Gwarantowałem współpracę psychologa, by sceny, w jakich młody aktor weźmie udział, nie naruszyły jego osobowości, by zachował dystans do roli. Wydaje mi się, że się udało. Sądzę, że bardziej niebezpieczne może być przeobrażenie się zwykłego ucznia w "gwiazdę". Sporo zdjęć kręciliśmy w szkole, w której się uczy Piotrek, a to go kreowało na kogoś "lepszego" w oczach rówieśników.
Teraz przed nim najgorsze. Zagrał dobrze i sądzę, że media to zauważą. Mam nadzieję, że uda mi się zapanować nad tym, by temu chłopcu, mówiąc kolokwialnie, nie uderzyła do głowy "woda sodowa", a tym samym, by film go nie skrzywdził.
- Film nie był obliczony na sukces finansowy, ale dystrybutora szukaliście.
- To on nas znalazł. Ludzie z "Kino Świat Intemational" współpracują z nami od lat przy festiwalu Camerimage. Wiem, że teraz jest moda, by każdy dystrybutor miał w swojej "stajni" niezależny film. Ale nie podejrzewam, by "Kino Świat" podchodziło do "Owoców miłości" koniunkturalnie. Zresztą zaproponowali dystrybucję, nie znając jeszcze efektów naszej pracy. Pewnie wierzyli, że naoglądawszy się przez tyle lat wartościowych filmów, będziemy umieli stworzyć w miarę przyzwoitą produkcję. Po obejrzeniu filmu nie mieli już wątpliwości. Nie chciałbym, aby zabrzmiało to nieskromnie, ale film obejrzeli m.in. słynni reżyserzy David Lynch, Peter Weir i Jerzy Skolimowski. Ich opinie właściwie zachęciły nas do przeniesienia nagranego kamerą cyfrową obrazu na taśmę filmową.
Film montowali także debiutanci: Michał Prewysz - Kwinto, Ewa Piaskowska i Mateusz Józefowicz. W głównych rolach wystąpili aktorzy Teatru Horzycy: Włodek Maciudziński, Jola Teska, Marysia Kierzkowska, Zofia Melechówna, w epizodach jeszcze kilku innych. Muzykę skomponował zawodowiec: Marek Żebrowski z Los Angeles.
- Co moina powiedzieć dziś o projekcie, dla którego "Owoce miłości" były wprawką? Kim jest ten tajemniczy operator?
- Tego jeszcze nie chciałbym ujawniać. Trwa zbieranie funduszy, organizowanie planu. Jeszcze pracuję nad scenariuszem, bo teraz, po doświadczeniach z "Owocami miłości", widzę pewne nowe możliwości. Wydaje mi się, że pomysł jest dość oryginalny. Rzecz będzie dotyczyła - najogólniej - samotności i bezsilności wobec atakującego nas różnymi propozycjami życia. A może w skrócie: przeznaczenia.
- Dziękuję za rozmowę.



MUSIMY ZE SOBĄ ROZMAWIAĆ

Z Markiem Żydowiczem, reżyserem i scenarzystą filmu "Owoce miłości" rozmawia Marcin Drogorób

- "Owoce miłości" to pana debiut filmowy. Proszę zdradzić kulisy powstania tego obrazu.
- Od dłuższego czasu przymierzałem się do nakręcenia filmu pełnometrażowego. Chodził mi po głowie jeden poważny temat, który chciałem zrealizować w profesjonalnej oprawie. Napisałem scenariusz i pokazałem go jednemu z uznanych polskich operatorów, nie chcę zdradzać, o kogo chodzi. Tekst się jemu spodobał i zaproponował mi współpracę, pod warunkiem... że to ja będę reżyserem. Pomyślałem, że nim do tego dojdzie, powinienem sprawdzić się w bardziej kameralnej produkcji. Scenariusz napisałem w ciągu dwóch tygodni, a następnie z Remigiuszem Zawadzkim - autorem zdjęć - zabraIiśmy się za realizację pomysłu.
- Podobno Inspiracją była informacja w prasie o tragicznej historii dotyczącej kilkunastoletniego chłopca?
- Zgadza się, to był punkt wyjścia. Uznałem tę historię za bardzo uniwersalną a jednocześnie z filmowego punktu widzenia niezwykle oryginalną, dotyczącą bowiem zwykłej, normalnej z pozoru rodziny. Nie była to rodzina patologiczna, ani dysfunkcyjna. Dysfunkcyjność rodzin jest zmorą współczesnego świata, nie tylko naszego kraju. W sztuce, czy nawet w mass mediach pokazuje się głównie rodziny z problemami alkoholowymi, rodziny rozbite lub żyjące w nędzy vide filmy Kędzieżawsklej, czy ostatnio "Cześć Tereska" GIińskiego. A ja chciałem pokazać, że nie dostrzegamy problemów tak zwanych dobrych domów, że tam rozgrywają się ciche tragedie, dramaty. Dlatego też uznałem, że nie można się ograniczyć do rekonstrukcji zdarzeń. Dług Krauzego był dla mnie takim filmem, przez co wydawał się na- zbyt publicystyczny. Brakowało tam tchnienia metafizycznego, refleksji nad tym, co jest w naszym życiu ważne, a tak bardzo nieuchwytne. We współczesnym świecie dominuje automatyzm zachowań wobec bliskich, znajomych a zwłaszcza dzieci. Nastąpiło dramatyczne odcięcie dziecka od świata dorosłych. Idąc tym tropem postanowiliśmy pokazać, że właśnie w normalnych domach dzieją się rzeczy, które tak naprawdę są przestępstwami. Na dziecku wywierana jest presja, system nakazów - zakazów. Tak zabija się osobowość dziecka, lub nie pozwala się jej ukształtować. Dochodzi do czynów, które wymykają się sankcjom prawnym, chociaż w skrajnych przypadkach są psychologicznym ekwiwalentem zabójstwa.
- Wasz film będzie więc takim wniknięciem w sferę psychiki tej rodziny?
- Scenariusz filmowy z natury rzeczy nakazuje bycie na zewnątrz, obserwację. I my tak do tego podeszliśmy. Okiem kamery na zimno oglądamy rzeczywistość tego domu, oczywiście są subiektywne elementy postrzegania tej rzeczywistości. Pokazujemy to, co widać, bez żadnego komentarza z naszej strony. Uciekamy od subiektywizmu, nie opowiadamy się po żadnej ze stron - ani chłopca, ani jego ojca, czy matki. Trochę to działa na zasadzie Big Brothera. My jednak pokazujemy esencję z życia tej rodziny: zdarzenia, słowa, gesty czasem do znudzenia powtarzalne, ale które sygnalizują zasadnicze problemy tej rodziny. Monotonię presji ojca, monotonię bezsiły matki, monotonię ciągłych zabiegów dziecka o to, by zrealizować własne pragnienia. To wszystko prowadzi do dramatu - dziecko zostaje tak daleko odepchnięte, że aż całkowicie pozostawione sobie. Nasz subiektywny komentarz zostawiamy muzyce.
- Jaki jest cel tego filmu, chodzi wam o kolejną dyskusję społeczną?
- Nie mamy takich ambicji, by stać się uzdrowicielami rodzin. Ale gdyby się udało do kogoś dotrzeć w ten sposób. Gdyby ktoś po obejrzeniu "Owoców miłości" zastanowił się nad podejściem do dzieci, porozmawiał o tym w domu, z żoną, mężem. Problem w tym, że my bardzo często w ogóle nie potrafimy ze sobą rozmawiać. Zamykamy się w sobie i tracimy kontakt z innymi. O tym też traktuje nasz obraz. Pokazywaliśmy na próbę ten film dzieciom. Ciekawe były ich reakcje. Niektóre się śmiały - Ha, zupełnie jak mój stary, zupełnie bez sensu, jak w moim domu! Inne westchnęło: - Żeby mój tata to zobaczył. Już choćby te reakcje dały nam poczucie, że zrobiliśmy coś pożytecznego.
- Kiedy film wejdzie na ekrany?
- 15 września odbędzie się premiera na Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni. Później planujemy zorganizowanie pokazu specjalnego w naszym klnie w Tumulcie. W kinach będzie wyświetlany prawdopodobnie w grudniu lub na początku przyszłego roku. Nasz dystrybutor Kino Świat International będzie go rozpowszechniał razem z "Władcą pierścieni".



NOWE KINO: ŚWIAT, KTÓRY BOLI

Fala debiutów i nowe kino moralnego niepokoju nadawały ton Festiwalowi Filmowemu w Gdyni

Złotymi Lwami na festiwalu w Gdyni nagrodzono faworyta - "Cześć, Tereska" Roberta Glińskiego. Film pokazuje świat, który boli, w którym umiera dobro, a zło odnosi triumf, atakując jednostki wrażliwe.
Gliński proces stopniowej, niemal niezauważalnej hipnozy złem pokazał precyzyjnie. Bez fascynacji tym zjawiskiem, a z chęcią zrozumienia i wielostronnego opisu. Podobne zamiary miało wielu innych twórców. Powstała już nawet nazwa tego nurtu - "nowa szkoła moralnego niepokoju", nadana mu chyba trochę na wyrost. Filmowcy nie zawsze potrafią zastosować trafne rozwiązania formalne, czasem popadają w łatwą publicystykę. Szukają języka filmowego, który trafiłby do wrażliwości współczesnych widzów, ale nie zawsze odnajdują swój styl.
"Inferno" Macieja Pieprzycy z jego emocjonalną intensywnością, wizualną agresją, to jedna strona zjawiska. Przyjęty w sposób bardzo skrajny debiut Mariusza Fronta "Portret podwójny" - drugą. Pieprzyca opowiadając o dziewczętach morderczyniach, często bez uzasadnienia posługuje się wizualnym skrótem, szokowymi efektami. Front natomiast proponuje kino wytężonej obserwacji, kamerę kieruje na siebie, na bliskich, na miasto, w którym mieszka.
"Owoce miłości" Marka Żydowicza i "Głośniej od bomb" Przemysława Wojcieszka stanowią ogniwo pośrednie. W wielu scenach skromnego filmu Żydowicza udało się wydobyć prawdę codzienności i nawyków trudnych do przezwyciężenia, z których w końcu rodzi się zło.
Przyjęty z entuzjazmem film Wojcieszka, pomimo niedoskonałości, był deklaracją wyrażoną wprost. Podobną można było dostrzec także w innych filmach. Bohater "Głośniej od bomb" dusi się w miejscu, w którym żyje, nie ma złudzeń, ale gdy staje przed wyborem, chce pozostać w Polsce, bo jest stąd.
W "Stacji" Wereśniaka można odnaleźć podobny ton. Nie ma w tych filmach wielkiej goryczy ani rezygnacji. Raczej zgoda na świat, który po prostu musi boleć. Takie przekonanie najmocniej doszło do głosu w utworze Artura Urbańskiego "Bellissima" z brawurową rolą Ewy Kasprzyk. Jak opowiadał reżyser, projekt czekał na realizację 5 lat, bo "był taki smutny". Skomplikowane relacje matki i córki zostały ukazane ostro, przenikliwie, a w tle pojawił się świat groźnego egoizmu, ale nie przedstawiony w sposób przejaskrawiony.
Obecność zaznaczyło kino kreacyjne, świadomie "niemodne". O ile jednak "Requiem" Witolda Leszczyńskiego to udana kontynuacja estetyki wypracowanej w "Żywocie Mateusza", o tyle "Listy miłosne" Sławomira Kryńskiego rozczarowały. Nie powiodła się próba nawiązania do kina Wojciecha Hasa, choć kreacje Gustawa Holoubka i Ewy Wiśniewskiej pozostają w pamięci.
Wreszcie "Cisza" Rosy, wg scenariusza Krzysztofa Piesiewicza - mimo nagrodzonej roli Kingi Preis i nagrody za reżyserię - budzi wątpliwości. Sprawia wrażenie intelektualnej spekulacji zmierzającej ku zbyt oczywistemu krzepiącemu finałowi.
Pewne jest jedno: polscy filmowcy, zwłaszcza debiutanci, chcą opowiadać o świecie, który boli. Ta chęć podejmowania trudnych tematów oraz gotowość do poszukiwania odpowiadających im środków wyrazu zasługują na uznanie.
Tomasz Jopkiewicz, Gdynia



KRZYK Z DNA

Polskie kino zaczyna pokazywać ludzi, którzy zagubili się w nowej rzeczywistości.

W połowie lat 90. europejską widownię zelektryzował debiut Mathieu Kassowitza "Nienawiść". Młody Francuz sportretował trzech chłopaków, którzy wegetują w wielkim blokowisku. Bez perspektyw, bez szans. Pokazał agresję, która się rodzi z ich frustracji. To było daleko. W Cite, na przedmieściach Paryża. Dzisiaj już wiemy, że podobnie jest na warszawskich Jelonkach, krakowskim Bieżanowie czy łódzkim Teofilowie. Tuż obok nas.

Polskie gazety coraz częściej przynoszą informacje o dzieciach, które napadają, zabijają. O społecznej agresji. O zbrodniach popełnianych bez motywu.
W ostatnich latach zachłysnęliśmy się wolnością, coraz lepszymi samochodami i podróżami pod egzotyczne palmy. Zapomnieliśmy o tych, którzy w nowej rzeczywis- tości zagubili się i spadli na margines. O tych, którzy nie dają sobie rady z życiem.
Dziś jednak zaczynają pojawiać się filmy, których twórcy zabierają kamery z nowobogackich rezydencji i pokazują anonimowe, smutne ulice, domy, przed którymi nie parkują limuzyny. I ludzi samotnych, nie mających na czym oprzeć się w życiu.
Najlepszy z tych filmów - "Cześć, Tereska" Roberta Glińskiego po prostu poraża. To historia l5-letniej dziewczynki z prostej rodziny, jakich wiele w polskim krajobrazie społecznym. Ojciec popija. Matka chce "wyprowadzić dzieci na ludzi", tylko co może? Tereska ma nawet jakieś marzenia, chciałaby projektować stroje. Ale życie pozbawia ją złudzeń. Jej droga ku tragedii składa się z drobnych zdarzeń: kłótnia w domu, nieporozumienie w szkole, zawód w przyjaźni, zawód w pierwszym uczuciu. A miało być inaczej, piękniej... Tego wszystkiego nie da się znieść. Pozostaje tylko dzika agresja - reakcja na klęskę, na własne duszenie się w świecie.
Inny nastolatek - bohater równie wstrząsającego filmu - "Owoców miłości" Marka Żydowicza. Też blokowisko, też tzw. normalna rodzina. Tylko dziecko coraz bardziej samotne, niekochane, miotające się. Coraz twardsze, wchodzące do skorupy, która ma je obronić przed światem. Jego głuche wołanie o miłość. O zainteresowanie. O cokolwiek. I wreszcie smycz, którą zaciska na szyi młodszego kolegi.
A maturzystki z "Inferno" Macieja Pieprzycy? Dlaczego dwie dziewczyny na balu maturalnym zabijają koleżankę? Dlaczego w brudnym świecie z "Sezonu na leszcza" Lindy spirala zła w tak samo bezlitosny sposób porywa dwoje młodych ludzi, którzy napadli na bank, jak i ścigającego ich, zapijaczonego policjanta? Co stało się z prostymi ludźmi ze "Stacji" Piotra Wereśniaka, którzy zamiast udzielić rannemu facetowi pomocy, kombinują, jak go pochować, by przywłaszczyć sobie jego torbę z pieniędzmi?
Co stało się z polskim społeczeństwem? Jakie frustracje, jakie emocje nie do wytrzymania, nie do wyciszenia kryją się za tymi aktami przemocy, kończącymi się śmiercią i rozpaczą?
Filmy Glińskiego, Lindy, Żydowicza, Wereśniaka, Pieprzycy pokazują Polskę ludzi przegranych, żyjących w świecie bez autorytetów, w którym straciły jakąkolwiek wartość słowa, tak wiele znaczące dla poprzednich pokoleń. Ojczyzna, wolność, uczciwość, poświęcenie dla innego człowieka - to wszystko nie popłaca. W anonimowych blokowiskach coraz więcej jest ludzi, dla których nic nie znaczy rodzina, kościół, przyszłość. Ludzi żyjących z dnia na dzień, bez żadnych perspektyw. Chłopaków wysiadujących podwórkowe ławki, z piwem w ręku, kombinujących, jak zaciągnąć dziewczyny do baraku obok. Bo co im pozostaje? Ich jedyne wzory z luksusowych reklam z billboardów są i tak poza ich zasięgiem.
W świecie blokowisk narasta agresja. Śmierć przestała tu mieć znaczenie, bo nie ma sensu życie. A wyrwanie się z tego kręgu jest niemal niemożliwe. Wśród braku szans i perspektyw, wśród bezradności społecznych organizacji zamyka się błędne koło beznadziei.
Te filmy, prawdziwe aż do bólu, krzyczą. Jakby chciały obudzić. Posłów zajmujących się głównie partyjnymi rozgrywkami i podnoszeniem własnych diet. Samorządowców rozdrapujących dla siebie, co tylko się da. Nauczycieli i wychowawców, coraz bardziej obojętnych i bezradnych w kieracie codzienności. Te filmy krzyczą, jakby chciały obu- dzić nas wszystkich.
Barbara Hollender



PRAWDZIWA HISTORIA

Miasto Toruń jako przestrzeń filmowa grało nieraz. Dość wspomnieć "Prawo i pięść" Hoffmana, "Rok spokojnego słońca" Zanussiego, czy "Wrony" Kędzierzawskiej. Jednak pierwszy raz zobaczymy film nakręcony tu przez torunian i z udziałem toruńskich aktorów.

Na ekranie kina Kopernik w Toruniu pojawią się w niedzielę "Owoce miłości" w reżyserii Marka Żydowicza, szefa toruńskiej Fundacji Tumult. Autorem zdjęć jest Remigiusz Zawadzki, wiceprezes Tumultu. Film opowiada historię l4-letniego chłopca z przeciętnej, średnio zamożnej rodziny, mieszkającej w zubożałej dzielnicy starego miasta. Scenariusz ,,Owoców miłości" inspirowany był tragicznym wydarzeniem na południu Polski, opisanym przez "Gazetę Wyborczą" i powstał w ciągu dwóch tygodni, choć później ulegał zmianom na planie. Do gry w filmie dali się namówić aktorzy Teatru Wilama Horzycy: Jolanta Teska (Ewa), Włodzimierz Maciudziński (Adam), Maria Kierzkowska (kochanka) i Zofia Melechówna (sąsiadka). Głównego bohatera, 14-letniego Krzysztofa, zagrał Piotr Kosobucki, wybrany spośród 150 kandydatów podczas castingu.
Zdjęcia zrealizowanow Toruniu w technice cyfrowej, wykorzystując sprzęt CamerimageFilm School. W takiej postaci niemożliwa byłaby emisja filmu w kinach. Transferu na taśmę 35 mm dokonała niemiecka firma. Twórcom filmu chodziło przede wszystkim o ukazanie rzeczywistości takiej, jaka jest, gdy szarość i nuda przeplata się w niej z krzykliwą, kolorową aurą. Dlatego zdjęcia czasami są paradokumentalne, niedoskonałe estetycznie.
Powstanie filmu sfinansowali sami twórcy związani z Tumultem, skupieni wokół nowo powstałych grup: Camerimage Gang oraz Conversation Film Production. Kosztowało to ich ok. 100 tys. zł.
"Owoce miłości" zakwalifikowano do udziału w części konkursowej Festiwalu Filmów Polskich w Gdyni. Film bardzo życzliwie przyjęli polscy krytycy. Znalazł się też w czołówce konkursu klakierskiego, wyklaskano mu czwarte miejsce.
W niedzielę o godz. 12 "Owoce" obejrzą najpierw dzieci, które wzięły udział w filmie wraz z rodzicami. Potem odbędzie się pokaz specjalny z udziałem aktorów. Zabraknie tylko wśród nich Włodzimierza Maciudzińskiego, który w tym czasie gra w spektaklu we Wrocławiu. W tym miesiącu Kino Kopernik wyświetli film Żydowicza w dniach 29 -31 o godz. 21.15.
Janusz Milanowski



SUKCES CZY PORAŻKA

Już jutro torunianie przekonają się co do wartości debiutanckiego filmu Marka Żydowicza "Owoce Miłości". O 14.00 film zostanie pokazany w kinie Kopernik. Wcześniej zobaczyli go i ocenili goście Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni.

Zobaczyli, ocenili i... napisali. Film wywołał różne odczucia. Wielu krytyków filmowych i dziennikarzy nie dostrzegło w produkcji żadnej rewelacji. Jeden z żurnalistów napisał o Żydowiczu jako nadziei polskiego kina. Niektórzy w ogóle nie wypowiadali się na jego temat, inni skrytykowali grę zatrudnionych do realizacji aktorów.
Przypomnijmy: Marek Żydowicz jest twórcą festiwalu Camerimage, który na początku odbywał się w Toruniu, a rok temu przeniósł się do Łodzi. "Owoce Miłości" to debiut fabularny reżysera. Żydowicz jest również scenarzystą i producentem obrazu. Zdjęcia do filmu zrealizował Remigiusz Zawadzki.
Film opowiada historię 14-letniego chłopca z przeciętnej, średnio zamożnej rodziny mieszkającej w zubożałej dzielnicy dużego miasta. Na pozór "dobra rodzina" to w rzeczywistości pozbawieni ciepła i miłości rodzice, którzy nie potrafią zrozumieć swojego dziecka. Despotyczny ojciec i uległa, trzymająca jego stronę matka, nietolerancyjni nauczyciele - w takich warunkach dorasta główny bohater filmu - Krzyś. Bardzo wrażliwy, ale nieufny i osamotniony chłopiec powoli oddala się od rodziców, opuszcza się w nauce, coraz trudniej mu odnaleźć się wśród rówieśników. Według twórców "Owoców Miłości" film podejmuje ważny i niezwykle trudny problem - konsekwencje przemocy wobec dzieci, które, wychowane w emocjonalnym chłodzie, próbują rozpaczliwie zwrócić na siebie uwagę otoczenia. "Życie nasze składa się z tego, co właśnie w danej chwili robimy, z drobnych czynności, siadania w fotelu, włączania telewizora, rozpakowywania zakupów, czytania gazety, wyjść i powrotów do pracy, szkoły, domu a także rozmów -zwykłych, bezmyślnych lub prawdziwej wymiany zdań, monologów lub słów zrozumienia, wskazujących drogę, dających nadzieję" - twierdzi Marek Żydowicz.
W rolach głównych można zobaczyć aktorów znanych z toruńskiej sceny teatralnej - Jolantę Teskę, Marię Kierzkowską, Zofię Melechównę, Włodzimierza Maciudzińskiego i Piotra Kosobuckiego. (saba)



FILM Z TORUNIEM W TLE

- Jestem przygotowany na najgorsze, czyli na krytykę - tak, z wyraźną tremą, Marek Żydowicz witał publiczność na toruńskiej premierze swego debiutanckiego filmu pt. "Owoce miłości". Pierwsza w ogóle publiczna prezentacja obrazu, którego twórca festiwalu Camerimage jest scenarzystą i reżyserem odbyła się na festiwalu filmowym w Gdyni. Na pierwszy toruński pokaz wczoraj, w niedzielę, zaprosiło kino "Kopernik".

Wśród gości pokazu dominowały osoby, które w różny sposób przyczyniły się do nakręcenia "Owoców miłości". Jak podkreślali autorzy, ten zreaIizowany za niewielkie pieniądze film mógł bowiem powstać jedynie dzięki życzliwości i pomocy wielu ludzi. Jak można zresztą było przeczytać z ekranu na zakończenie filmu, wśród owych życzliwych był i Bob Dylan, który udostępnił swoją muzykę, i dyrekcja Szkoły Podstawowej nr 1 w Toruniu, gdzie kręcono część zdjęć.
Film pokazujący dramat chłopca ze "zwykłej" rodziny, dla którego niezrozumienie dorosłych. emocjonalny chłód rodziców i samotność wśród rówieśników kończą się tragicznie, dzieje się głównie w śródmiejskiej kamienicy, w szkole, na ulicy i podwórku. W większości są to toruńskie pejzaże.
Premierowa publiczność przyjęła "Owoce miłości" ciepło. W spotkaniu po pokazie, na które autorzy, realizatorzy i aktorzy zaprosili do siedziby Fundacji Tumult, wzięło udział już węższe grono zainteresowanych. - Wiemy, jakie są mąnkamenty tego filmu i wiele byśmy w nim dziś zmienili. Myślę jednak, że ten film mówi o sprawach, o których zwykle się milczy, bo zatraciliśmy umiejętność rozmowy na rzecz wymiany informacji - stwierdził Marek Żydowicz.
Wspominając opinie, jakie ukazały się po pokazie filmu na festiwalu w Gdyni, Żydowicz podkreślał, że nie tworzył z myślą o festiwalowym sukcesie, ale aby zrobić "coś pożytecznego".
Swoją pracę na planie wspominali też toruńscy aktorzy.
- W pewnym momencie podczas kręcenia filmu poczułam się tak związana z moją postacią, że zaimprowizowałam scenkę. I o dziwo, ta scenka znalazła się w filmie. Odkryłam więc w sobie aktorkę filmową! Może trochę za późno -stwierdziła półżartem Zofia Melechówna, grająca rolę sąsiadki nastoletniego bohatera i jego rodziców.
Jolanta Teska, odtwarzająca rolę matki głównego bohatera, przyznała, że dla niej, aktorki teatralnej, filmowy debiut był trudny. Niełatwo było jej zrozumieć, polubić i jakoś usprawiedliwić bohaterkę - osobę uległą wobec despotycznego męża, kochającą swe dziecko, ale nie umiejącą tego okazać. O tym, jak trudno było mu "przestawić się z własnego charakteru na charakter postaci", którą zagrał, opowiadał Piotrek Kosobucki, nastoletni odtwórca głównej roli. Piotrek, jak powiedział, do filmu trafił z castingu, a wcześniej grywał jedynie w szkolnych teatrzykach, co zresztą zawsze bardzo lubił.
Czy "Owoce miłości" będą do obejrzenia w kinach? Twórcy filmu przyznają, że brak pieniędzy na sporządzenie stosownej liczby kopii, jednak filmem zainteresowało się kilka telewizji. Mają też nadzieję, że odbywać się będą pokazy w kinach studyjnych.
(mkr)



RĘKA FOTELARZA

Zwykle mówi się o tych innych. Tych wiecznie pijanych, naładowanych patologią, nic nie dających społeczeństwu, tylko wyciągających do niego łapę. Tych, w których dzieciaki dojrzewają zdecydowanie za szybko. Dramaty "dobrych domów", rodzin uchodzących za te porządne na wierzch wyłażą od święta. Bo te rodzinne dramaty są tu jakby mniej spektakularne, mało widowiskowo pełzające latami, często poubierane w szlachetne deklaracje. Tyle że czasami ich zakończenie jest bardzo krwiste.
W "Owocach miłości" Marka Żydowicza mamy taką klasyczną polską rodzinę z niższej klasy średniej - już z ambicjami i pretensjami, ale jeszcze z finansowymi i mentalnymi ograniczeniami. Jest więc ojciec -fotelarz - despota z ciężką ręką, odreagowujący w domu frustracje w imię opacznie pojmowanego tradycyjnego systemu wartości, kliszowanego w kolejne pokolenia. Niby kulturalny, bo przecież zawsze w fotelu, przed telewizorem z gazetą. Jest matka - uległa, w razie konfliktu zawsze popierająca pana domu, jest i syn - nastoletni wrażliwiec, który zostaje sam ze swoim dojrzewaniem atakowany tylko negatywnymi bodźcami i znajdujący receptę w przemocy.
"Owoce miłości" sprawiają momentami wrażenie fabularyzowanego reportażu czy może raczej filmowej publicystyki - co nadaje tej opowieści smaku autentycznego, nie wydumanego dramatu. I na pewno zmusza do chwili zastanowienia - jak to jest z tymi naszymi dzieciakami? Z relacjami z nimi, z czasem jaki im poświęcamy? Ta chwila zastanowienia to na pewno największa siła tego filmu.
Oczywiście można też powybrzydzać - bo w tej reportażowej tonacji tkwi również pewna słabość. Wszystko rozrysowano tu bowiem jak w poradniku młodego psychoterapeuty: zachowania, postacie i dialogi są modelową ilustracją pewnych tez, a bohaterów dokładnie określają już pierwsze sceny, w jakich się pojawiają. Zbyt wiele kropek nad "i" postawiono też na zakończenie - z paru wzruszeń trzeba było zrezygnować, żeby nie fundować widzom patosu i wrażenia przesytu. Na szczęście cała historia wciąga - chcemy wiedzieć, co i jak będzie dalej - a przecież o to m.in. w kinie chodzi. Wrażanie robi też muzyka, kilka kreacji aktorskich. No i efektownie pokazywany Toruń.
Mówiąc szczerze, miałem trochę obaw, że trzeba będzie przykładać do tego filmu "toruńską" miarę. Napisać parę ciepłych, zdawkowych słów, żeby zbytnio twórców nie gnębić, no bo w końcu ile mamy filmów tak toruńskich? Robionych przez ludzi stąd, z Toruniem w jednej z głównych ról? Na szczęście żadnej specjalnej miary przykładać nie było trzeba - "Owoce miłości" to w sumie miła niespodzianka. Zawiodą się pewnie ci, którzy liczyli, że ekipa Żydowicza w popisowy sposób "się obali". Cóż, będą musieli liczyć dalej.
Mariusz Załuski



BRAWA DLA DEBIUTANTA

Film Marka Żydowicza wywołał pozytywne reakcje wśród toruńskich widzów.
Z uznaniem toruńscy widzowie przyjęli film Marka Żydowicza "Owoce miłości". - Jak na reżyserski debiut to całkiem niezły obraz - twierdzą goście specjalnego pokazu zorganizowanego w kinie Kopernik, którzy twórcę festiwalu Camerimage nagrodzili gromkimi brawami.


Na obejrzenie "Owoców miłości" z zaciekawieniem czekało wielu torunian. Zainteresowani reżyserskimi poczynaniami twórcy festiwalu "Camerimage" musieli trochę poczekać. Najpierw film pokazano na wrześniowym festiwalu filmowym w Gdyni, dopiero w minioną niedzielę mieli szansę ocenić go torunianie.
Historia wychowywanego bez miłości 14-letniego chłopca z przeciętnej, średnio zamożnej rodziny ze zwykłej dzielnicy dużego miasta poruszyła widzów. - Temat filmu jest tak rzeczywisty, że aż niesamowity - mówiła Jagoda Grzeńczak po pobejrzeniu "Owoców". - Na koniec bardzo się wzruszyłam. Jeszcze długo nie będę mogła po tym ochłonąć. Inni potraktowali obraz mniej emocjonalnie: - Zabrakło tempa. No, ale jak na debiut reżyserski Żydowicza wyszło całkiem nieźle.
Na zakończenie niedzielnego pokazu reżyser filmu i Remigiusz Zawadzki - autor zdjęć zaprosili zainteresowanych na spotkanie z pozostałymi twórcami oraz aktorami. - Mam świadomość, że ten film nie jest doskonały - opowiadał Marek Żydowicz. - Już teraz wiem, że wiele rzeczy bym zmienił, poprawił. Mam świadomość popełnionych błędów.
Toruńscy aktorzy grający w filmie wypowiadali się z uznaniem o debiutującym reżyserze:
- Był bardzo wymagający w stosunku do nas, ale również w stosunku do siebie. Realizacja "Owoców miłości" nie była łatwa. Nie tylko Marek uczył się i poznawał nowe rzeczy, także my - aktorzy teatralni dowiedzieliśmy się czegoś o pracy na planie filmowym - mówiła Jolanta Teska. Zofia Melechówna dodała: - Na początku bałam się filmu, bo nigdy w żadnym nie grałam. Jednak doskonale poczułam się jako aktorka filmowa. Największą tremę miałam podczas pokazu przed publicznością w kinie Kopernik. Bardzo przeżyłam ten seans, na koniec nawet się rozpłakałam.
Widzom podobał się grający 14-letniego chłopca Piotr Kosobucki: - Wygrałem casting do filmu. Wybrano mnie spośród stu innych kandydatów do roli, a ja nagłe się przestraszyłem. Lubię grać, chętnie występowałem w szkolnych teatrzykach, ale charakter filmowego Krzysztofa był mi obcy. Ja nie zachowuję się tak jak on - mówił młody artysta.
"Owoce miłości" powstały za 20 tysięcy złotych. W filmie można usłyszeć muzykę m. in. Boba Dylana, który zgodził się na nieodpłatne wykorzystanie jednego z utworów.
"Owoce" prawdopodobnie będzie można oglądać w kinach studyjnych i na różnych festiwalach filmowych.
Sabina Waśko



ŻYDOWICZ ZASKOCZYŁ WIDZÓW

W toruńskim Kinie Kopernik wyświetlany jest film "Owoce miłości" w reżyserii Marka Żydowicza. To filmowy debiut twórcy festiwalu Camerimage i aktorów z Teatru Wilama Horzycy. Jego premiera zakończyła się długimi brawami.

Akcja filmu rozgrywa się w Toruniu. Jego scenariusz autorstwa Żydowicza inspirowało tragiczne wydarzenie opisane w "Gazecie Wyborczej". To historia 14-letniego chłopca z przeciętnej, średnio zamożnej rodziny mieszkającej w zubożałej dzielnicy starego miasta. Główną rolę 14-letniego Krzysztofa zagrał Piotr Kosobucki, chłopak z Torunia, wybrany spośród 150 kandydatów podczas castingu. Kreuje postać tragiczną. Pozbawiony troski i zrozumienia, dręczony przez despotycznego ojca (w tej roli Włodzimierz Maciudziński), zaczyna stosować przemoc jako samoobronę. W końcu dochodzi do tragedii.
W filmie z powodzeniem wystąpili aktorzy Teatru Wilama Horzycy: Jolanta Teska (Ewa), Maria Kierzkowska (kochanka) i Zofia Melechówna (sąsiadka). Produkcję filmu sfinansowali twórcy związani z Fundacją Tumult, skupieni wokół nowo powstałych grup: Camerimage Gang oraz Conversation Film Production. Kosztowało to ich ok. 100 tys. zł. "Owoce miłości" debiutowały w części konkursowej na ostatnim Festiwalu Filmów Polskich w Gdyni. Przyjęto je życzliwie, choć bez laurów. Debiut toruński zorganizowano w niedzielę w Koperniku. Na koniec filmu publiczność długo biła brawo. - Jestem bardzo pozytywnie zaskoczony - słyszało się najczęściej z ust ludzi wychodzących z kina. Kino Kopernik wyświetli film Żydowicza jeszcze dziś i jutro o godz. 21.15.
Janusz Milanowski



ŚWIAT BEZ MIŁOŚCI

Ten film kosztował jakieś 40 razy mniej niż "Reich" Pasikowskiego, a jest 40 tysięcy razy głębszy i mądrzejszy, choć bez technicznej perfekcji. Aktorzy nieznani szerokiej publiczności więcej dali z siebie w ciągu półtorej godziny niż okładkowe polskie gwiazdy w ciągu ostatnich kilku lat.

"Owoce miłości" ogląda się z emocjami, ale takimi, które mogą zbudzić rozum. Myślę, że niedostatki techniczne tego filmu rozgrzeszyło jury ostatniego Festiwalu Filmów Polskich w Gdyni, kwalifikując go do udziału w konkursie. Nie ma więc sensu nad nimi się rozwodzić, choć reżyser potrafi tak wciągnąć widza w opowiadaną historię, że irytuje czasami zła jakość dźwięku. Bez wątpienia publiczność toruńska odbiera ten film z większymi emocjami, ale bez taryfy ulgowej, z dwóch względów: rzecz dzieje się w naszym mieście, w którym nie brakuje ludzi źle życzących Żydowiczowi.
Historia w dużym skrócie wygląda tak. Krzysztof (Piotr Kosobucki), chłopak w wieku gimnazjalisty, jest takim sobie nastoletnim everymanem. Jego matka Ewa (Jolanta Teska) pracuje jako pielęgniarka, ojciec Adam (Włodzimierz Maciudziński) jest dyrektorem w cegielni. Mieszkają w trochę ciasnym, schludnym mieszkaniu, w starej kamienicy. Chłopak ma komputer, nie cierpi ni biedy, ni głodu. Jest trochę otyły i zakompleksiony. Chciałby mleć psa, zaczynają interesować go dziewczyny. Od strony psychologicznej w rodzinie panuje układ pozycyjny. Rządzi ojciec z perspektywy swojego fotela przed telewizorem. Wydaje dyspozycje równie łatwo, jak zmienia kanały pilotem. Jest facetem apodyktycznym z uporządkowaną wizją świata (trzeba się dobrze uczyć, bić innych, zanim zbiją ciebie, chodzić do kościoła i ustawić sobie kobiety, bo to one mają słuchać). Na początku wydał mi się ten portret nieco tendencyjnie przerysowany psychologicznie, ale w miarę upływu akcji rozumie się, że trzeba na niego patrzeć z perspektywy Krzysztofa i nawet nie dlatego, że tak czasami sugeruje kamera. Skąd możemy wiedzieć, jak widzą nas dzieci, gdy odganiamy je jak natrętne muchy? Jaki obraz siebie wywołujemy w ich umysłach, gdy stosujemy psychologiczny terror. I o tym m.in. jest ten film. O zderzeniu budzącej się wrażliwości z murem: chamstwa, braku zrozumienia, itd. Dorośli w tym filmie są zakłamani, zimni, pazerni lub pijani. Jedyna ciepła postać to samotna, starsza sąsiadka Krzysztofa, świetnie zagrana przez Zofię Melechównę - epizodyczna postać nie z tego świata. Tylko ona dostrzega dobro w głównym bohaterze, bo tego chce, gdyż sama pochodzi ze świata miłości, po którym pozostały tylko fotografie w ramkach między książkami (jakoś cieplej robi się na sercu po epizodach z Zofią Melechówną). Krzysztof nie wie, co zrobić z rodzącą się w nim wrażliwością, głodem poznawczym. Bardzo chce mieć psa Nie zdradzę, do czego prowadzi samotność Krzysztofa, wpajanie mu przez ojca "poczciwych" wzorców zachowań i aroganckie lekceważenie jego wrażliwości.
Bardzo młody Piotr Kosobucki musiał zagrać bardzo trudną rolę, ale zadaniu sprostał. Widać też, że prowadziła go czujna ręka reżysera. Jolanta Teska, znana ze sceny teatralnej jako żywiołowa osobowość, na planie filmowym doskonale zagrała kobietę stłamszoną i zarazem matkę. Dzięki temu zobaczyliśmy spektrum jej aktorskich możliwości. W scenie finałowej jest wręcz przejmująca. Połyka tabletkę i dzwoni do syna. Krótkie wyznanie brzmi tu jak uwolnienie wielkiej, matczynej rozpaczy i miłości. Myślę, że na widowni nie było kobiety tym nie wstrząśniętej. Z olbrzymią przyjemnością patrzyło się na toruńskich aktorów w kreacjach filmowych, nawet epizodycznych. Nonszalancki biznesmen Niko Niakas, zimny śledczy Zbigniew Przybylski, prymitywny dyrektor szkoły Marek Milczarczyk, egoistyczna kochanka Maria Kierzkowska, czy w końcu Paweł Tchórzelski, zjawiający się jak tajemnicza postać w filmach Kieślowskiego. Nie mówi nic, tylko patrzy i patrzy, oskarżając każdego bez słów, bo każdy tu jest winny. Osobny pean należy się roli Włodzimierza Maciudzińskiego. Można tylko załować, że ten artysta nie występuje już w Teatrze Wilama Horzycy. Aktorzy toruńscy, nie tak znani jak warszawskie heroiny, od których twarzy (coraz bardziej pustych) nie można się opędzić, pokazali w tym filmie kawałek życia, sztuki i intymności. Z ról atorskich wyróżniłbym zdecydowanie prezesa Marka Żydowicza w krótkim epizodziku menela - włamywacza i jeszcze zakapiorskiego chłopczyka o blond włosach z kpiarską miną.
Jednocześnie jest w tym obrazie też Toruń. Wiceprezes Tumultu Remigiusz Zawadzki, jako operator w ciekawych sekwencji paradokumentalnych pokazał, że czuje to miasto. Ten film, dedykowany "Dzieciom, ofiarom braku miłości", w moim odczuciu nie pozwala się opisać innymi słowami niż te, które tu padły. Reżyser Marek Żydowicz nie ukrywa swojego emocjonalnego stosunku do tematu. Nie brakuje w jego filmie publicystyki, ale w jej szlachetnym przejawie: prowokującym do myślenia.
Janusz Milanowski



OWOCE MIŁOŚCI

Czy wszyscy rodzice potrafią być rodzicami? Bywa różnie. Są różni rodzice. Ale bywa też i tak - patrz film Marka Żydowicza pt. "Owoce miłości". Na ekranie nowoczesna rodzina - mama, tata, jedno dziecko - Krzysztof, lat około 14-tu. Dobre warunki. Mieszkanie. Samochód. Krzysztof ma swój pokój, komputer. Chodzi do szkoły. W domu żyją mama, tata i on... Krzysztof ma "wszystko". Czy naprawdę?
Jest sam. Nikt dla niego nie ma czasu. Nikt z nim w domu nie chce rozmawiać. Krzysztof chciałby mieć psa, może żeby nie być tak samotnym - nie ma mowy! Kto będzie po nim sprzątał? Krzysztof chciałby zaprosić kolegów -wykluczone! Krzysztof pyta o sprawy, które wynikają z lekcji religii - odpowiedź ojca ucina temat. Krzysztof nie ma nawet kluczy od mieszkania - bo przeglądałby kąty. Więc jak przyjdzie ze szkoły wcześniej niż rodzice z pracy, wysiaduje pod drzwiami mieszkania i czeka.
Krzysztof rośnie. Poczucie niespełnionych pragnień się pogłębia. Niedostrzegalnie kiełkuje agresja. Jedyne, co słyszy od rodziców, to: idź do swego pokoju i ucz się! Albo: jesteś okropny! Po co ja cię urodziłam? Agresja narasta. Odrzucony przez najbliższych, przerzuca niechęć i negację na kolegów w szkole, zwłaszcza młodszych i słabszych. Bijatyki i wyłudzanie pieniędzy. Jakaś kradzież, i to we własnym domu. Szkoła proponuje rozmowę psy- chologa nie tylko z chłopcem, ale i z rodzicami. Ojciec nie chce. Konflikty w szkole powodują wzywanie rodziców do szkoły. Ojciec z nieopanowaną złością bije chłopca. Bardziej niż karą za zachowanie syna jest to wyładowanie własnej złości i wszystkich pretensji do życia. Nagle ojciec umiera na zawał. Krzysztof przeżywa tę śmierć. Zostaje z matką sam. I o dziwo, mimo tylu bolesnych dla niego, negatywnych cech ojca - jakby przejmuje jego rolę. Wymaga. Krzyczy. Czuje się ważny. Nie chce słuchać próśb matki. Wreszcie następuje tragedia. Bez jakiegokolwiek powodu Krzysztof uśmierca o wiele młodszego chłopca. Wyładowuje swoją nagromadzoną agresję. Dramat. Ból i rozpacz matki, która wreszcie uświadamia sobie, że kocha syna. A Krzysztof uświadamia sobie, że kocha matkę i słyszy, że jest przez nią kochany. Na razie jednak w odosobnieniu czeka na karę.
Czy do tego musiało dojść? Jak długo człowiek, każdy człowiek, młody człowiek, a raczej dziecko może być spychany na margines, traktowany jak rzecz we własnym domu, jak wróg, który wszystkim przeszkadza? A jeżeli negatywne postawy rodzicielskie będzie przejmowało następne pokolenie - to jak długo jeszcze? Ten film powinni obejrzeć niezliczeni rodzice - aktualni i potencjalni rodzice...
Joanna Chyła



OWOCE MIŁOŚCI

Rzecz nawiązująca do prawdziwej historii -o zagubionym 14-latku (Kosobudzki) ze skromnej wielkomiejskiej rodziny. Jego ojciec (Maciudziński) to zakompleksiony despota, matka (Teska) jest uległą kurą domową. Wrażliwy chłopak miotany przez życiowe przypadki i własne emocję kończy jako morderca...
"Owoce miłości" były pokazywane na festiwalu w Gdyni, choć to właściwie film amatorski, z wadami charakterystycznymi dla tego typu kina - dydaktyzmem, postaciami rysowanymi grubą krechą, ślamazarną narracją, aktorstwem trącącym sztucznością. Całość dowodzi, że Marek Żydowicz, twórca festiwalu operatorów "CameraImage", niepotrzebnie postanowił zostać scenarzystą i reżyserem.
J.Sz.



SAMOTNOŚĆ CZTERNASTOLATKA

Za najlepszy film ubiegłego roku został uznany obraz Roberta Glińskiego "Cześć, Tereska". Podobny temat porusza w "Owocach miłości" debiutant Marek Żydowicz, zadając pytania: Jak rodzi się zło? Dlaczego dzieci zabijają?
Żydowicz opowiada o życiu pewnej rodziny. Ojciec inżynier, matka pielęgniarka i syn czternastolatek. Zwyczajna kamienica, zwyczajni ludzie. Takich ludzi można spotkać w niedzielę w kościele albo na spacerze w parku. A jednak dzieje się tam coś złego. Ojciec jest despotą, człowiekiem pozbawionym tolerancji, przeświadczonym o tym, że ciężko tyra na dom, który jest dla niego ciężarem. Radości szuka u kochanki. Zniecierpliwiony karci i bije syna, który nie spełnia jego oczekiwań. Matka - upokorzona i uległa, boi się odezwać. A chłopak? W szkolnym wypracowaniu pisze, że chciałby być płatkiem śniegu, ale w życiu coraz bardziej twardnieje i traci wrażliwość. Pogrąża się w samotności, oddala od rodziny, gubi w szkole. Jeszcze się miota, jeszcze krzyczy o trochę ciepła, marzy mu się pies, wieczór z dziewczyną na dyskotece. Ale spotykają go same rozczarowania. Na naszych oczach coraz bardziej zamyka się w sobie i stacza ku przepaści. Na jej dnie są już tylko agresja i tragedia.
"Owoce miłości" to film poruszający, niepokojący. Podejrzewam, że niejeden widz znajdzie w tym obrazie ślad własnej codzienności. Pośpiechu, mijania się z bliskimi. Żydowicz nie obarcza całą winą rodziny, ale pokazuje trudne problemy dojrzewania w tym naszym drapieżnym czasie, gdy rozluźniły się normy obyczajowe i więzi między ludźmi. Czasem warto przyjrzeć się tym sytuacjom z boku. Dlatego jest to film bardzo ważny.
Obraz Marka Żydowicza ma także słabsze strony: powstał jako produkcja niezależna, a jego budżet wyniósł zaledwie 20 tys. zł. Przy tak skromnych środkach wszystko zostało nakręcone niemal półamatorskim sposobem. Chwilami działa to na korzyść tej opowieści - sprawia wrażenie autentyzmu, czegoś w rodzaju polskiej Dogmy. Jednak nawet zachowując styl, paradokumentalny można zrobić film bardziej profesjonalnie: z bardziej wyrównanym zespołem aktorskim, lepszymi zdjęciami, montażem. W otoczeniu debiutanta zabrakło po prostu starych filmowych rzemieślników.
Dzisiaj trudno już coś na to poradzić - film zresztą i tak robi wrażenie, powinni go obejrzeć zwłaszcza ci, którzy mają dorastające dzieci. Ale może warto, by jakiś producent zainteresował się następnym projektem realizatorów, którzy tak interesująco wystartowali?
Barbara Hollender



NIEKOCHANY

Opowieść o dziecku żyjącym w świecie pozbawionym uczuć można powtarzać w tysiącu wariantów. Także w filmie. I powtarza się. Może nie w tysiącu, biorąc pod uwagę nasze kino, jednak i tu temat wciąż wraca. Można nawet pokusić się o stwierdzenie, że zatoczyliśmy pewien krąg: od "Zagubionych uczuć" Jerzego Zarzyckiego do "Cześć, Tereska" Roberta Glińskiego. Zaskakujące, jak wiele te filmy - powstałe w czasach odległych wręcz o lata świetlne - łączy. Po drodze były ujmujące "małe dramaty" Janusza Nasfetera, w których reżyser próbował przeniknąć do wnętrza świata małych ludzi, zabłąkanych w rzeczywistości. Były liryczne "Odwiedziny prezydenta" Jana Batorego, "Chciałbym się zgubić" Jadwigi Kędzierzawskicj, ciekawa (i jedyna) przygoda z filmem fabularnym autorki wielu dokumentów, poświęconych sprawom dzieci. I to chyba wszystko, co warto pamiętać. Pozostałe, pojawiające się od czasu do czasu tytuły nosiły wyraźny charakter tendencyjno-dydaktyczny. W plakatowo przejaskrawiony sposób piętnowały błędy, które zdarzyć się mogą nawet w najlepszym ze światów, gdzie wszystkie dzieci "są nasze" - i wszystkie są objęte optymistycznym programem ustrojowej szczęśliwości.
Podobny patent na szczęście dawno został skompromitowany. Czasy, kiedy niegrzecznym dorosłym grożono palcem, dawno się skończyły, ale problem wcale nie zniknął. Przeciwnie. Właśnie dzisiaj temat rozpadu rodzinnych związków, zaniku uczuć, braku autentycznych psychicznych więzi wśród najbliższych wraca ze szczególną siłą. Tak często, że chwilami wydaje się już zbyt oczywisty. Czyżby anormalne - w założeniu - sytuacje w życiu stały się normą? Żyjemy w najbardziej paskudnym ze światów, gdzie pozostała wyłącznie gorycz. obojętność i chłód? Tylko że te pesymistyczne spostrzeżenia powtórzone kolejny raz mogą niebezpiecznie zbliżyć się do banału. Debiutujący jako reżyser, scenarzysta i producent Marek Żydowicz z pewnością tego niebezpieczeństwa uniknął.
"Owoce miłości" nie pozostają jeszcze jedną glosą do posępnej rzeczywistości. Reżyser nie przybiera żadnych mądrych póz, nie moralizuje, nie poucza. Cierpliwie przygląda się wybranym wycinkom świata, fragmentom życia. Nie bez pewnych uproszczeń, ale z niemałą wnikliwością. Bardziej interesuje go bowiem szczegół psychologiczny niż społeczne czy socjologiczne uogólnienie. Skupia się na kwestii psychicznego zniewolenia. moralnej odpowiedzialności dorosłych za tych, którym dali życie.
Wyjściowa sytuacja jeszcze tego nie zapowiada, osoby dramatu w pierwszej chwili wydają się jednoznaczne i do końca określone: despotyczny ojciec, uległa matka - a obok nich dziecko, wychowywane w emocjonalnej pustce. Chłopiec, który czuje, że nikt go nie kocha i nie rozumie, który rozpaczliwie próbuje zdobyć uczucie i akceptację najbliższych. Obarcza się winą za to, że nie spełnia oczekiwań rodziców. Potem - za nagłą śmierć ojca, którego rolę usiłuje podświadomie przejąć. Poczucie winy prowadzi do ostatecznej tragedii. Nietrudnej do przewidzenia, ale nic w tym złego. Bo nie w warstwie fabularnej kryje się oryginalność "Owoców miłości", nie dramatyczny ładunek zdarzeń sprawia, że film porusza.
Bywają filmy, które - patrząc wyłącznie od strony reżyserskiego warsztatu - podziwiać można za wirtuozerię rozwiązań poszczególnych sekwencji czy scen. A mimo to kolejne świetne kawałki nie składają się na przekonującą całość. W przypadku "Owoców miłości"' jest odwrotnie. Kolejnym "kawałkom" sporo można zarzucić. Nawet cała konstrukcja dramaturgiczna wydaje się tu wyraźnie rozchwiana, uderza dziwną fragmentarycznością. Sceny jakby urwane w pół sąsiadują z niepotrzebnie przeciągniętymi, zbyt statycznymi w dodatku, grzęznącymi w deklaratywnych dialogach. I nie wynika to wyłącznie z prawa do błędów, jakie przysługuje każdemu debiutantowi.
Trudno oprzeć się przypuszczeniu, że w pewnych momentach reżyser musiał sięgnąć do materiałów, które niekoniecznie chciałby widzieć w wersji ostatecznej filmu. Jednak w warunkach prywatnej produkcji zamierzenia i chęci często muszą ustępować miejsca możliwościom, co w "Owocach miłości" daje się wyraźnie odczuć. Zresztą, sam Żydowicz określił swój film mianem brulionu (co tym bardziej warte podkreślenia, że bardzo rzadko stać dzisiaj młodych reżyserów na równie trzeźwe i obiektywne spojrzenie na własną twórczość). I na ekranie nie stara się tego w żaden sposób tuszować. Podkreśla szkicowy charakter utworu. Z jego chropowatości, swoistej surowości czyni atut: to jego sposób porozumienia z widzem, któremu każe aktywnie uczestniczyć w poszukiwaniu sensów, tropów, znaczeń. W otwartej do końca historii znaleźć miejsce dla siebie. I właśnie podobna perspektywa sprawia, że "Owoce miłości" - zewnętrznie nieuładzone - na wykraczającej poza opis zdarzeń płaszczyźnie układają się w przekonującą całość, mają siłę autentycznej prawdy. Prawdy o człowieku.
Tym człowiekiem jest matka. Właśnie ona ostatecznie okazuje się kluczową postacią utworu. Żydowicz pod koniec wydobywa z cienia i niemal tworzy na naszych oczach postać, która początkowo wydawała się oczywista i prosta; każe w zupełnie innym świetle - z jej punktu widzenia - spojrzeć jeszcze raz na wszystko, co dotychczas widzieliśmy. Niemała też w tym zasługa znakomitej Jolanty Teski, aktorki o rzadkiej wrażliwości, do tej pory zupełnie z ekranu nieznanej.
Markowi Żydowiczowi także nie brakuje wrażliwości - rysu w naszym kinie coraz bardziej poszukiwanego. I cennego.
Maciej Maniewski



OWOCE MIŁOŚCI

14 - letni Krzyś mieszka z rodzicami w biednej dzielnicy dużego miasta. Chłopiec nie znajduje w domu ciepła i miłości. Despotyczny ojciec i uległa, trzymająca jego stronę matka nie potrafią zrozumieć swojego dziecka. Wrażliwy, ale nieufny i osamotniony chłopiec coraz bardziej oddala się od rodziców, opuszcza w nauce, ma kłopoty z odnalezieniem się wśród rówieśników. Dochodzi w końcu do tragedii.
W rodzinie i otoczeniu Krzysia pozornie nic złego się nie dzieje. Widz jednak widzi, jak naprawdę wyglądają relacje rodzinne, stosunki w szkole. Tych tragicznych spraw nie widać z zewnątrz. W chłopcu narasta jednak frustracja i napięcie. I na tym polega wielka moc tego filmu. Stawia on pytanie: może gdzieś, za ścianą nieustannie toczą się jakieś małe wojny, popełnia się przestępstwa, których nikt nie dostrzega?
Obraz "Owoce miłości" nie miał być początkowo filmem kinowym, lecz szkicem filmowym. Okazał się jednak na tyle ciekawy - zdaniem osób poproszonych do konsultacji. m.in. Jerzego Skolimowskiego i Davida Lyncha - że zasugerowano stworzenie filmu kinowego.
Marek Żydowicz jest historykiem sztuki, a także twórcą jedynego na świecie festiwalu sztuki operatorskiej Camerimage. Filmem "Owoce miłości" zadebiutował jako reżyser, scenarzysta i producent.
VIII Festiwal Polskich Filmów Fabularnych w Toronto



OWOCE MIŁOŚCI (reż. Marek Żydowicz) ****

Film psychologiczny, socjologiczny, zastanawiający i demaskujący prawdziwe oblicze obojętności ludzkiej, pozornie pozostającej w ramach tzw. przyzwoitości. Jest to dramat, który kończy się tragicznie, acz pozostawiając iskierkę nadziei na oczyszczenie napiętych i nawarstwionych sytuacji. Film jest przerażająco obiektywny, gdyż w całym otoczeniu Krzysia (Piotr Kosobucki) nie ma jednej osoby, która by stanęła po jego stronie, która by zainteresowała się jego monotonnym życiem. Jest on jedynakiem z przeciętnej, z zewnątrz bardzo poprawnej rodziny, acz z bardzo małomiasteczkowymi poglądami i ustaloną hierarchią domową. W szkole jest on przeciętnym uczniem, acz odsuniętym od kolegów, i od samego początku filmu istnieją w nim pewne elementy sadystycznej samoobrony. Cały film ma jakby dwa nurty: jeden, to obraz życia, które jest wszystkim znane, o którym wiedzą sąsiedzi i nauczyciele, oraz drugi, to życie, które poznajemy powoli, w trakcie rozwoju filmu. Nasz jedynak ma własny pokój w malutkim, polskim, dwupokojowym mieszkaniu, który jest w zasadzie jego więzieniem, ma oboje rodziców, ale nie jest potrzebny żadnemu z nich, w domu jest wszystko uporządkowane - ojciec zajęty wyłącznie własnym życiem, podwozi go do szkoły. Śniadanie przygotowuje obojętna na wszystko matka. Nawet podpatrzony przez nią romans męża z inną kobietą nie zmienia jej uległego stosunku względem dominującej głowy domu. Szkoda, że ten wątek został tylko bardzo fragmentarycznie zaznaczony w filmie, gdyż musiał mieć wpływ na kształtowanie się dalszych wypadków w życiu Krzysia, w dodatku, że i on podpatrzył rozmowę ojca z kochanką. Wiele scen było tylko zasygnalizowanych, np. wizyta Krzysia u sąsiadki, której celem było zapewne podkreślenie jedności rodzinnej, czy mściwe zawieszenie młodszych kolegów na wieszakach w szatni, zupełnie nie poprowadzone dalej, a będące doskonałym materiałem na rozwinięcie i ukazanie codziennych konfliktów szkolnych. Cały film robi wrażenie początkowego szkicu, na tle którego powstać powinna dopiero prawdziwa, jeszcze bardziej problemowa historia. Ta fragmentaryczność została podkreślona we wszystkich opisach filmu, ale po obejrzeniu filmu odnosi się wrażenie, że jest to tylko tłumaczenie, zdającego sobie sprawę z niedociągnięć, młodego reżysera, acz cały film bardzo dużo traci właśnie na tej pośpiesznej szkicowości i wiele spraw jest niedomówionych i niewyjaśnionych, a szkoda. Krzyś traci ojca (czyżby zawal spowodowany był biciem syna?). Okres po stracie ojca, aż do ostatnich, tragicznych scen, jest najsłabszy w całym filmie - fragmentaryczne ujęcia, zasygnalizowane problemy, nie rozwinięte wątki. Na zakończenie, w napadzie narastającej w nim desperackiej złości, Krzyś zabija młodszego chłopca (możliwe, że syna kochanki ojca, ale nie jest to w filmie wyjaśnione), a matka jego dopiero wtedy uświadamia sobie istnienie syna jako osobowości. Ostatecznie, w całej historii nie ma winnych, gdyż wszyscy rutynowo wykonywali tylko swoje obowiązki, bez zaangażowania - zarówno pani psycholog, jak i nauczyciele, którzy uwalniali własne stresy ukazywaniem dominacji nad innymi. Jest to studium maltretowania psychicznego, którego przykłady na pewno można znaleźć w wielu domach i w wielu szkołach. Film jest mocny, trudny i dający dużo do myślenia, pozostawia niesmak i wspomnienie fragmentarycznych sytuacji znanych nam ze szkoły, z domu, z podwórka i jest to film o ludzkiej obojętności na co dzień.
Jadwiga M. Byszewska, VIII Festiwal Polskich Filmów Fabularnych w Toronto



TO, CO JEST I TO, CZEGO NIE MA

Gdyby dzieci mogły częściej oglądać takie filmy jak "List" - Danijala Hasano- wica - "Owoce miłości" Marka Żydowicza nigdy by nie powstały. Nie byłoby powodów. Tragicznych powodów.

Te dwa tytuły to najważniejsze filmy biorące udział w konkursie krajowym tegorocznej edycji festiwalu. Filmy, które ogląda się z przejęciem i zapamiętuje na długo. Różni je zdecydowanie to, że pierwszy jest jedną z nielicznych produkcji naprawdę adresowanych do dzieci, drugi zaś powinni obejrzeć przede wszystkim dorośli.
"List" niemal mimochodem zamienia w baśń siermiężną rzeczywistość obozu dla uchodźców w byłej Jugosławii. Pierwsze ujęcia to blaszane baraki, wydeptane podwórkowe boisko, samochody dowożące żywność i ludzie - realistyczni, wyraziści, zgnębieni wojną. A potem jest droga, niebo, drzewa, trawy. Jest wędrówka małego chłopca, który spotyka w niej postaci z innego świata: symboliczne, metafizyczne, ale równocześnie wiarygodne, prawdziwe. Ado nie ma ojca. Tymczasem na jego drodze pojawiają się jakby trzy jego wcielenia: przejęty młodzieniec, jadący motorowerem do ukochanej, pogodny mężczyzna sprzedający landszafty i marzący o nowej żonie, siwy mędrzec, który opiekuje się chorym koniem.
Tytułowy list adresowany jest do ONZ. To prośba o nowe kule dla chłopca, który stracił podczas wojny nogę. Ado niesie ten list na odległą pocztę. Jego wędrówka to przemierzanie przestrzeni, poznawanie świata, pokonywanie lęku, dojrzewanie. Hasanowić buduje swoją opowieść subtelnie, delikatnie, mądrze. Prawdziwą przyjemność sprawia zanurzanie się w tym świecie, uleganie jego klimatowi, rytmowi, rozpoznawanie sensów, smakowanie słów, które sączą się tu nader wolno. To słowa ważne i rozważne. Naprawdę znaczą gniew i rozpacz matki, niepewność pryszczatego nastolatka, życzliwą pogodę ducha malarza i życiową mądrość ojca listonosza.
Wiele festiwalowych filmów zostawiało nas bezradnych wobec rzeczywistości, wobec "tego, co jest". Hasanowić kilkakrotnie pyta w swoim "Liście": jak może boleć coś, czego nie ma? A jego bohater uczy się, że właśnie brak odciska się na naszym życiu najmocniej. W zaskakującym, przewrotnym finale Ado wyznaje, że mu wstyd, bo nie wysłał listu. Tym wyznaniem daje nam - widzom - siłę i nadzieję, że następnym razem będzie inaczej. Co ważne, Hasanowić - jako jeden z nielicznych reżyserów zajmujących się światem dzieci - nie zrzucana barki swojego bohatera odpowiedzialności za losy całego świata: ani realnej, ani urojonej. Dziecko jest w jego filmie dzieckiem. A to daje pewną szansę na to, że w przyszłości zostanie dorosłym.
W "Owocach miłości" Marka Żydowicza pozornie najważniejszy jest temat: dziecko zabija dziecko. To plasuje ten film pośród kilku innych próbujących się zmierzyć z tematem agresji, odrzucenia, niezrozumienia i całej reszty społecznych plag świata tego, w które zaplątane są dzieci. Ale jest też coś, co go zdecydowanie wyróżnia: sposób patrzenia na ludzi - małych i dużych. Reżyser obronił się przed podejściem karykaturalnym - jego bohaterowie są zwyczajni, prawdziwi, wiarygodni. Wielka w tym niewątpliwie zasługa fantastycznych aktorów: Jolanty Teski (matka), Włodzimierza Maciudzińskiego (ojciec), a także Piota Kosobuckiego, grającego nastoletniego Krzyska. Każda z postaci jest pełnowymiarowa, każda ma swoje racje, każda w równym stopniu grzęźnie w rodzinnej pułapce. Wszystkie są nieszczęśliwe i bezradne, ale najsłabsza - dziecko - skupia w sobie całą rodzinną tragedię, chorobę, nieszczęście. I płaci najwyższą cenę.
Żydowicz nie uległ też pokusie zabaw formalnych. Jeśli już stosuje jakieś "chwyty", dzieje się to jakby przypadkiem, od niechcenia. Można by pewnie z tego powodu formułować jakieś warsztatowe zarzuty, ale nie mam na to najmniejszej ochoty. Ten film mnie wciągnął, wessał i poraził. Było mi wszystko jedno, jak pracuje kamera, nie chciało mi się tropić niekonsekwencji czy dłużyzn... Za to do końca życia zapamiętam zacięte spojrzenia Krzyśka, pusty wzrok jego ojca i coraz bardziej bezradne oczy matki. To są pierwsze symptomy gniewu, którego nie da się poskromić. Dobrze jest widzieć je wyraźnie.
Ewa Obrębowska - Piasecka



ODWAŻNE "OWOCE"

Wyróżnienie dla filmu Marka Żydowicza

Za "odwagę i konsekwencję w podjęciu trudnego, a nieporuszanego tematu" wyróżniony został film Marka Żydowicza "Owoce miłości". Wyróżnienie to zyskał na XX Międzynarodowym Festiwalu Filmów Młodego Widza "Ale kino!" w Poznaniu. Jury tego festiwalu pracowało pod przewodnictwem wybitnego operatora i reżysera Yurka Bogayewicza. Film otrzymał też drugą lokatę w głosowaniu publiczności.
"Owoce miłości", o których po premierze szeroko pisaliśmy, wyprodukowane zostały przez toruńską fundację "Tumult" i Conversation Film Production. Ich reżyser Marek Żydowicz to twórca "Tumultu" oraz międzynarodowego festiwalu operatorów filmowych "Camerimage", odbywającego się początkowo w Toruniu, a teraz w Łodzi.
(mkr)



ZA ODWAGĘ I TEMAT

Film "Owoce miłości", w reżyserii Marka Żydowicza i z udziałem toruńskich aktorów, zdobył specjalną nagrodę na Festiwalu Filmów Młodego Widza "Ale kino!" w Poznaniu. Jury pod przewodnictwem Yurka Bogayewicza przyznało "Owocom" wyróżnienie za: "odwagę i konsekwencję w podjęciu trudnego, a nieporuszanego tematu". Film uzyskał również drugą lokatę w głosowaniu młodej publiczności.
JAN



TRAGEDIA BEZ MIŁOŚCI

To debiut reżyserski twórcy i dyrektora Międzynarodowego Festiwalu Autorów Zdjęć Filmowych Camerimage. Obraz miał premierę w 2001 roku na Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni, gdzie uplasował się na III miejscu w konkursie o Złotego Klakiera. Zebrał przychylne recenzje w polskiej prasie, a Anette Insdorf, nowojorska recenzentka filmowa, porównała "Owoce miłości" do głośnego obrazu Francoisa Truffauta "400 batów". Ponadto na XX Międzynarodowym Festiwalu Filmów Młodego Widza "Ale kino!" w Poznaniu debiut Żydowicza zdobył wyróżnienie "za odwagę i konsekwencję w podjęciu trudnego, a nieporuszanego tematu" oraz zajął II miejsce w plebiscycie publiczności.
Akcja filmu rozgrywa się w Toruniu. Scenariusz, który napisał reżyser, nawiązuje do dramatycznego wydarzenia opisanego w "Gazecie Wyborczej". Bohaterem filmu jest 14-letni Krzysztof. Chłopak mieszka w kamienicy znajdującej się w zubożałej dzielnicy dużego miasta z matką pilęgniarką i ojcem - dyrektorem cegielni. Pozbawiony troski i zrozumienia nastolatek, dręczony przez despotycznego ojca, zaczyna uciekać się do przemocy. Prowadzi to do tragedii. W roli głównej występuje Piotr Kosobucki, wybrany na castingu spośród 150 kandydatów. Partnerują mu aktorzy toruńskiego Teatru Wilama Horzycy: Jolanta Teska (matka), Włodzimierz Maciudziński (ojciec), Maria Kierzkowska (kochanka) i Zofia Melechówna (sąsiadka). Autorem zdjęć jest związany również z Camerimage Remigiusz Zawadzki, wiceprezes Fundacji Tumult.
Pokaz "Owoców miłości" rozpocznie się w kinie Charlie (ul. Piotrkowska 203/205) około godziny 19.35. Poprzedzi go o godz. 19.00 projekcja dokumentu "KLIK", zrealizowanego przez Marka Żydowicza po pierwszej łódzkiej edycji Camerimage. Jest to dokumentalny zapis sesji nagraniowej muzyki do filmu "Mulholland Drive" Davida Lyncha. Ekipa towarzyszyła reżyserowi i jego stałemu kompozytorowi Angelo Badalamentiemu w nagrywaniu muzyki symfonicznej z Orkiestrą Filharmonii Praskiej w studiu w Pradze.
AS



CYFROWE KINO

Jak szybko i tanio rozpocząć karierę filmowca?
Dwoje nieznanych młodych filmowców - Daniel Myrikow i Eduardo Sanchez zainwes- towało 60 tys. $ w "Blair Witch Project". Film zarobił dwieście milionów. Był pokazywany w kinach na całym świecie. W ciągu kilku miesięcy przed autorami otworzyła się droga do kariery.
Z kamer cyfrowych korzystają również profesjonaliści np. Lars von Trier przy zdjęciach do "Tańcząc w ciemnościach" oraz George Lucas, realizując drugą część "Gwiezd- nych wojen" - "Atak Klonów".
W Polsce pierwszym nakręconym techniką cyfrową utworem były "Owoce miłości" Marka Żydowicza (organizator festiwalu Camerimage). Kosztowały 100 tys. zł, gdyby była to normalna produkcja, koszty produkcji wynosiłyby 3 mln. Film był pokazywany na festiwalu w Gdyni w 2001 r. (...)
Elżbieta Błaszkiewicz



ZBRODNIA PO POLSKU

Nie przeżyliśmy, na szczęście, polskiego Columbine, a broni nie można u nas kupić w osiedlowym sklepie. Ale socjologowie biją na alarm. W Polsce wzmaga się agresja wśród młodzieży, wzrasta liczba popełnianych przez nieletnich przestępstw, i to najcięższych.
W ostatnich dniach grupa młodocianych bandytów z zimną krwią zabiłą dwie nastoletnie siostry, żeby zdobyć pieniądze na narkotyki. Maturzysta zabity przez grupę dresiarzy, czternastolatka z zimną krwią zakatowana przez równieśnice z podwórka, bezdomny zapałowany na śmierć przez kilku nastolatków - takie informacje coraz częściej ukazują się w mediach. Nic dziwnego, że i na ekranach pojawiło się kilka filmów o narastającej wśród młodych frustracji i agresji.
Najgłośniejszy z nich - "Cześć Tereska" Roberta Glińskiego, był historią 15-letniej dziewczyny z prostej rodziny - takiej, jakich wiele w polskim krajobrazie. Tytułowa Tereska ma nawet jakieś plany na przyszłość, ale życie nie daje jej szansy. Jej równia pochyła ku tragedii składa się z drobnych zdarzeń: kłótnia w domu, nieporozumienie w szkole, zawód w przyjaźni, zawód w pierwszym uczuciu. A miało być inaczej... I wtedy - jako reakcja na klęskę, na własne duszenie w świecie - pozostaje tylko dzika agresja. Tereska metalową rurą zabija bezbronnego kalekę.
W "Owocach miłości" Marka Żydowicza też jest tzw. normalna rodzina. Tylko dziecko jest coraz bardziej samotne, niekochane, miotające się. Coraz twardsze , wchodzące do skorupy, która ma je obronić przed światem. Jego głuche wołanie o miłość. O zainteresowanie. O cokolwiek. I wreszcie kij w ręku. I zakatowany mały chłopiec, spotkany przypadkiem na spacerze.
A dlaczego gołymi rękami duszą koleżankę dwie maturzystki z "Inferno" Macieja Pieprzycy? Telewizja pokazuje młodzieżowy "marsz przeciw przemocy", dziennikarka zadaje stereotypowe pytania. Ale co się za tym potwornym czynem kryje naprawdę? Jakie frustracje, jakie emocje nie do wytrzymania, nie do wyciszenia?
Tereska, chłopak z "Owoców miłości", maturzystki, przed którymi właśnie otwiera się świat... Ale i ich rówieśnicy z podparyskiej dzielnicy w filmie Mathieu Kassovitza "Nienawiść", i szesnastoletni bohater "Słodkiej szesnastki" Kena Loacha z Greenock, i dwaj uczniowie z zamożnych rodzin ze szkoły w Columbine - dlaczego oni wszyscy popełniają najcięższe zbrodnie?
Twórcy szukają na to pytanie odpowiedzi. Penetrują różne środowiska. Czasem wskazują na jałowość życia, czasem na brak perspektyw, czasem na pełną przemocy społeczną rzeczywistość. Ale gdzieś tam, na końcu tego łańcucha przyczyn zawsze pojawiają się zerwane rodzinne więzi, upadek wartości, niepokoje świata, brak szacunku dla ludzkiego życiai frustracja, której nie może znieść młody człowiek - niezależnie od tego, czy dorasta na warszawskiej Pradze, na przedmieściach Paryża czy Glasgow, czy w zamożnym i na pozór spokojnym amerykańskim miasteczku.
B.H.

CONVERSATION FILM PRODUCTION; Rynek Nowomiejski 28; 87-100 Toruń; tel./fax (56) 6210019, 6522595; mail: camerimage@camerimage.pl